publikacje

Wróć do listy

Najważniejszy dzień mojego życia

Ludwika Justyniak szczegółowo opisuje przejście przez tzw. zieloną granicę z Grodna do Warszawy wiosną 1940 r. W momencie pisania autorka ma 91 lat i opisuje wydarzenia, które zaważyły na jej późniejszych losach. W 1939 r. mąż autorki, major 76 Pułku Piechoty, wyjechał już 25 sierpnia na front, a 13 września resztki Wojska Polskiego opuściły Grodno. Kobieta już wiedziała, że jej mąż poległ w walce. Po wkroczeniu wojsk radzieckich 20 i 21 września rodziny wojskowe wyjeżdżały z miasta. Korzystając z ogólnego zamieszania i słabego jeszcze zabezpieczenia granicy, udawały się do późniejszej Generalnej Guberni, głównie do Warszawy. Przewodnicy za niewielką wówczas zapłatą przeprowadzali uciekinierów przez „zieloną granicę”. Jechało się pociągiem do Białegostoku, a dalej różnie, czasem konieczny był kilkukilometrowy marsz. Ludwika była wtedy w siódmym miesiącu ciąży, poza tym miała pod opieką dziewięcioletniego syna, Staszka. 13 grudnia, szykanowana, w bolszewickim szpitalu urodziła córkę. Gdy tylko z niego wyszła, zaczęła planować wyjazd z miasta. Nadal jeszcze przewodnicy przeprowadzali chętnych, choć już za dużo większą opłatą. Po Nowym Roku nastały bardzo silne mrozy i wszelkie próby przekroczenia „zielonej granicy” ustały. Tymczasem zaczęły się aresztowania, w pierwszej kolejności prokuratorów, sędziów, osadników wojskowych. W lutym nastąpiły wywózki aresztowanych.

Wiosną Ludwika dowiedziała się o przewodniku z Warszawy, który co dwa tygodnie zabierał nową grupę przez „zieloną granicę”. Nawiązała z nim kontakt. Był to sierżant Korpusu Ochrony Pogranicza, Witanowski, który doskonale znał wszystkie tajne ruchy służb granicznych. Był zaprzysiężonym członkiem ZWZ, który z rozkazu organizacji systematycznie przeprowadzał ludzi zagrożonych aresztowaniem, a nawet wyrokami śmierci. Jednorazowo taka grupa składała się z pięciu młodych, zdrowych mężczyzn zdolnych odbyć kilkunastokilometrowy nocny marsz. Używając małego podstępu wymogła na nim, by zabrał ją z dwójką dzieci (w tym z czteromiesięcznym niemowlęciem). Postawił jednak warunek, że w razie zagrożenia zostawią ją bez pomocy, ponieważ schwytanych mężczyzn czeka natychmiastowa śmierć, kobietę z dziećmi aresztowanie i wywózka. Nie chciał rozmawiać o pieniądzach. Powiedział, że zgłosi się w ciągu trzech dni po opracowaniu planu. Gdy nadszedł czas, miała sama pojechać do Białegostoku i zgłosić się pod wskazany adres. On i chłopcy mieli pojechać każdy osobno. Dojazd do Białegostoku nie stanowił problemu – można było podróżować swobodnie. W umówionym mieszkaniu dostali jedzenie i mogli trochę odpocząć, czekając na dalsze instrukcje. Przyszedł późnym popołudniem i oznajmił, że w kierunku granicy Generalnej Guberni nie kursują żadne cywilne pociągi. Pojadą więc transportem wojskowym. Chłopcy mieli zabrać się na węglarkę, ale ona musiała dostać się sama z dziećmi do wagonu z wojskiem rosyjskim. Po wielu próbach w końcu jacyś żołnierze przyjęli ją do swego przedziału. Wysiedli na umówionej stacji, gdzie czekała na nich furmanka. Pojechali nią w stronę Zambrowa, miasta przygranicznego. Tuż przed nim musieli odprawić furmankę i dalszą drogę pokonać pieszo, przez pola, omijając miasto i wsie. Na przebycie kilkunastu kilometrów mieli kilka godzin, by dotrzeć do granicy pod osłoną nocy. Droga była ciężka, a ona miała na ręku małe dziecko. Niestety, zostało im jeszcze kilka kilometrów, gdy zaczęło świtać. Trzeba było przerwać marsz i przeczekać do wieczora. Chłopcy schronili się w stogu siana, a jej przewodnik polecił iść do wioski i prosić o gościnę jakiegoś gospodarza. W dwóch pierwszych domach odmówiono jej, bojąc się represji za przechowywanie uciekinierów. W końcu pozwolono jej wejść na chwilę, przewinąć dziecko. Gospodarz chciał się jej jak najszybciej pozbyć, tłumacząc, że na jego oczach zastrzelono mu ojca za przenocowanie takiej rodziny. Nie mając innego wyjścia, oświadczyła, że nie wyjdzie i zapewniła, że niczego więcej nie żąda, tylko możliwości przeczekania do wieczora. Ostatecznie zgodził się, poczęstował ich nawet mlekiem i zupą oraz pozwolił się przespać. Nikt obcy nie przyszedł. O zmroku pojawił się jej przewodnik i zabrał ją w dalszą drogę. Po dwóch godzinach marszu dotarli do stałego punktu opłacanego przez organizację. Tam zatrzymali się na noc. Gdy się obudziła rano, chłopców już nie było. Gospodarz dał im śniadanie i opowiedział o dalszych instrukcjach. Była niedziela, więc pod pozorem wyjazdu do kościoła gospodarz zawiózł Ludwikę z dziećmi do leśniczówki. Tam musiała przesiedzieć z dziećmi w ukrytej komórce do końca dnia. Nie mogła pozwolić, by niemowlę płakało. Wieczorem przyszedł Witanowski i oznajmił, że noc jest księżycowa i jest zbyt jasno, by iść przez granicę. Ona jednak nie chciała się zgodzić na spędzenie kolejnej doby w ciasnej komórce. Postanowili więc zaryzykować. Gdy doszli do lasu, sierżant poszedł na zwiady. Po powrocie powiedział, że muszą czekać, bo patrole są zbyt częste. Nad ranem zwykle strażnicy są zmęczeni i patrolują rzadziej. Gdy stwierdził, że nadszedł czas, polecił najpierw chłopcom iść w odstępach w kierunku granicy. Do drutów było jeszcze dwa kilometry przez pole. Wszyscy otrzymali adres jej siostry w Warszawie. Tam miała zająć się nimi organizacja lub rodziny. Sierżant szedł pierwszy, ona z dziećmi za nim, zachowując wymagany odstęp. Gdy ruszył, usłyszała strzały i krzyki: „Stój”. Znieruchomiała, z odrętwienia wyrwał ją syn, mówiąc, żeby szli. Szczęśliwie udało im się dotrzeć do drutów, gdzie czekał na nich przewodnik. Po przedostaniu się na drugą stronę oznajmił, że tu jej już nic nie grozi i kazał iść do wioski, szukać schronienia dla siebie i dzieci. Powiedział, że tamtejsi ludzie pomogą jej dostać się do Warszawy. Nie powinno być problemów, bo kobiety z dziećmi nie zaaresztują. On chciał się odłączyć, ponieważ miał ze sobą walutę i tajne papiery. Zaproponowała, żeby z nią poszedł i ukrył się, aż ona znajdzie bezpieczne schronienie. Wtedy go zawoła, by również odpoczął. Zbliżał się ranek. Zastukała do pierwszego domu i gospodarze przyjęli ją z otwartymi rękoma. Dali jej śniadanie i spanie. Zajęli się również sierżantem. Gdy się wyspali, gospodarz poczęstował ich obiadem i odwiózł ich furmanką na stację w Ostrowii Mazowieckiej. Polecił żonie odstawić kobietę z dziećmi do Warszawy. Witanowski pożegnał się z nimi na stacji. Miał pojechać na węglarce, by nie narażać się na kontrolę niemiecką. W Warszawie podziękowała gospodyni i udała się do mieszkania siostry przy ul. Szustra. Po trzech dniach zjawił się Witanowski, pytał, czy zjawił się któryś z chłopców. Niestety zgłosiło się tylko dwóch. O pozostałych trzech nic nie wiedzieli, sądzili, że zostali schwytani przez straż graniczną. Stało się jasne, że zatrzymanie tamtych zbiegów uratowało pozostałych. Przewodnik nie chciał żądnych pieniędzy, bo to, że przeszła było tylko jej zasługą. Podziwiał także odwagę jej syna. Potem się pożegnali. Dla Ludwiki zaczęło się trudne życie okupacyjne, z dwójką dzieci było trudno znaleźć pracę. Syn w 1942 r. zamieszkał w bursie Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) przy ul. Siennej 87 założonej przez profesora Mojcho z Uniwersytetu Stefana Batorego. Była to bursa dla chłopców z wysiedlonych rodzin, które nie miały swojego mieszkania i zatrzymywały się u rodziny lub znajomych. Mieszkali tam chłopcy w wieku 12–18 lat, Staszek był wśród nich najmłodszy. Wychowawcy dbali o właściwe kształtowanie młodych charakterów. Historię ich przejścia przez granicę chłopiec opisał w wypracowaniu, za które dostał nagrodę. Miało być wydrukowane w piśmie literackim, ale wybuchło powstanie. Chłopcy z bursy wzięli w nim udział, walcząc w szeregach batalionu „Chrobry”. Większość z nich, w tym Staszek, poległa 31 sierpnia 1944 r. podczas bombardowania kwatery bataliony przy ul. Nalewki.

Swego przewodnika autorka widziała jeszcze raz, po pięciu latach. Odwiedził ją w domu jej siostry, dokąd przyjechała w lutym 1946 r. Opowiedział jej, że został schwytany podczas następnej eskapady do Grodna i siedział w twierdzy w Mińsku. Gdy Niemcy napadli na ZSRR i tworzyła się armia kościuszkowska, został zwolniony, wstąpił do niej i dotarł aż do Berlina. Szybko awansował do rangi majora Ludowego Wojska Polskiego (LWP). Teraz stacjonował ze swoim batalionem w Kłodzku. Gdy świętował wigilię z żołnierzami, wzniósł toast: „aby następna wigilia była już w całkowicie wolnej Polsce”. Za taką wypowiedź został wezwany właśnie do Sztabu Generalnego w Warszawie. Miał się tam zgłosić następnego dnia. Spodziewał się, że zostanie zdegradowany, ale nie przejmował się tym. Powiedział, że osiądzie wtedy na tzw. Ziemiach Odzyskanych na gospodarstwie i będzie wiódł życie wolnego człowieka. Miał przyjść jeszcze i opowiedzieć o wizycie w sztabie, ale już się nigdy nie pojawił. Autorka przypuszcza, że został aresztowany i stracony.

Autor/Autorka: 
Miejsce powstania: 
Warszawa
Opis fizyczny: 
11 s. luź. ; 30 cm.
Postać: 
luźne kartki
Technika zapisu: 
maszynopis
Język: 
Polski
Miejsce przechowywania: 
Dostępność: 
Maszynopis dostępny do celów badawczych, skan dokumentu ogólnodostępny.
Data powstania: 
1946
Stan zachowania: 
dobry
Sygnatura: 
AWII/3007
Tytuł kolekcji: 
Archiwum Wschodnie
Słowo kluczowe 1: 
Słowo kluczowe 2: 
Słowo kluczowe 3: 
Główne tematy: 
Generalne Gubernatorstwo, aresztowania, deportacje, wywózki, okupacja radziecka, edukacja
Nazwa geograficzna - słowo kluczowe: 
Zakres chronologiczny: 
Od 1940 do 1946
Nośnik informacji: 
papier
Gatunek: 
pamiętnik/wspomnienia