Zeszyt VIII
Ósmy zeszyt wspomnień Heleny z Jarochowskich Garszyńskiej zaczyna się od opisu pensji na której pracowała w czasie wojny. We fragmencie poświęconym pracy można zauważyć, iż Helena miała problem z zaakceptowaniem Żydów mieszkających na ziemiach polskich. Żydzi są dla niej obcokrajowcami, do których nie żywi ani mniejszej, ani większej sympatii niż do innych narodowości, nie potrafi ich jednak uznać za swoich rodaków: „[...] gdy na pensji tej wytworzył się później konflikt żydowski On [Żyd, ojciec jednej z uczennic] stanął bardzo wyraźnie po stronie Żydówek. Pytał mi sie czy jestem bardzo oburzona. Ja mu na to odpowiedzialam. Bywałam dużo zagranicą i byłam w przyjaznych stosunkach z różnymi cudzoziemcami nie mając do Nich pretensji, że nie są Polakami. Bardzo sie o to na mnie obraził, bo chciał uchodzić za dobrego Polaka” (k. 1r).
Pomimo trwającej I wojny światowej w zeszycie tym próżno szukać śladów paniki, która towarzyszyła autorce w chwili wkroczenia wojsk niemieckich do Kalisza. Od późnej jesieni 1914 r., gdy zaczyna się narracja pamiętnika, wojna schodzi na dalszy plan – autorka skupia się na pracy i spędzaniu wolnego czasu ze swoimi dziećmi, przyzwyczajając się do nowych warunków życia, które – jak wspomina – miały nie być najgorsze: „Ludzie się tak przyzwyczaili do wojny, że już prawie nie narzekali. A niektórzy byli wprost zachwyceni. Ceny na produkty rolne były dobre, długów sie na płaciło, za mieszkania płaciło sie grosze, paskarstwo panoszyło sie coraz więcej. A kto był w dobrych stosunkach z władzami niemieckimi nic Im nie groziło” (k. 7r-7v). Mimo to wojna nie znika całkowicie ze wspomnień Garszyńskiej, autorka szeroko rozpisuje się np. na temat aktu aktu 5 listopada 1916 r. W ogólnym rozrachunku jednak jej wspomnienia z tego okresu skupiają się przede wszystkim na pracy i najbliższym otoczeniu.
Pamiętnik kończy się opisem choroby i śmierci Józefa Jarochowskiego, ostatniego brata autorki. Helena, która do tej pory bagatelizowała chorobę płuc brata, przekonana, że w XX w. może ona uchodzić zaledwie za dokuczliwą dolegliwość, jest w tym okresie zdruzgotana. Przez kolejne tygodnie stopniowo godzi się z utratą: „Chociaż byłam na tę śmierć przygotowana zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Ostatnie z rodzeństwa i ja zostałam sama na świecie. [...] I znowu odprowadziłam drogą i bliską mi osobę na miejsce wiecznego spoczynku i znowu płakałam, cierpiałam i przebolałam” (k. 16r-16v).